Felieton
09/02/2026
Ciężar pionowej linii
I właśnie w takiej przestrzeni ma stanąć Wodopój – budynek wysoki, dziesięciopiętrowy, dominujący nad otoczeniem i właśnie z tego powodu budzący ożywioną dyskusję. Dominacja w architekturze to słowo niebezpieczne. Niesie w sobie cień przemocy, naruszenia równowagi, gestu zbyt pewnego siebie. A jednak historia miast pokazuje coś odwrotnego: każda epoka budowała swoje dominanty, swoje punkty orientacyjne w architektonicznym krajobrazie.
W starożytnym świecie wysokość była przywilejem bogów i władców – i tych dwóch porządków właściwie nie dało się rozdzielić. Egipt budował piramidy, na terenie Mezopotamii ponad krajobraz wybijały się zigguraty – monumentalne kamienne świątynie, Rzymianie udoskonalili beton i sklepienie kolebkowe, co zrewolucjonizowało architekturę i zaowocowało takimi obiektami, jak Koloseum, Panteon, Termy Karakalli, czy Bazylika Maksencjusza i Konstantyna.
W średniowieczu dominowały świątynie – najwyższe, a przy tym mistyczne. Punktem odniesienia stawały się też strzeliste wieże ratuszowe. W baroku rozkwitła architektura pałacowa – tu liczyła się nie tyle wysokość, co szerokość ubrana w proporcje. W XIX wieku – gmachy publiczne i przemysłowe kominy, symbole nowoczesności i pracy. W wieku XX – wieżowce, które miały udowodnić, że przyszłość zaczyna się teraz.
Prawo do dominanty
Pytanie nie brzmi więc, czy budynek może dominować. Pytanie brzmi: w jaki sposób. Nie chodzi mi o to, że każda wysokość jest dobra. Nie jest. Widziałem dość betonowych potworów, które po prostu przytłaczają. Budynki, które nic nie mówią, tylko stoją. Zajmują miejsce i tyle. Ale widziałem też coś innego. Widziałem, jak jeden wysoki budynek potrafi uporządkować przestrzeń, która wcześniej była chaosem. Jak nadaje sens skrzyżowaniu, placom, ciągom ulic. Jak nagle miasto zaczyna się czytać. Dominanta architektoniczna działa jak znak interpunkcyjny. Pozwala się zatrzymać, ustala hierarchię i nadaje kierunek pamięci. Bez dominanty przestrzeń bywa jedynie tłem. Z dominantą – staje się opowieścią.
Wodopój w Gdańsku takiej opowieści na razie nie ma. Jest po prostu budynkiem mieszkalnym, w dodatku jeszcze na papierze. I to go czyni kontrowersyjnym. Bo jeśli coś ma sięgać w niebo, to chyba powinno mieć prawo do nieba? Chyba powinno reprezentować coś więcej niż funkcję, balkon, spektakularny widok? Rozumiem ten niepokój. Naprawdę. W nim kryje się tęsknota za sensem proporcji, za poetyką przestrzeni, za miastem jako dziełem, nie produktem.
Ale zastanawiam się też, czy w tej tęsknocie nie ma czasem czegoś więcej. Jakiejś cichej zgody na to, że przeszłość jest pełniejsza niż teraźniejszość. Że dawniej budowano z sensem, a dziś – tylko z konieczności. I tego akurat nie potrafię przyjąć.
Nadać znaczenie
Gdańsk nigdy nie był miastem jednolitym. To mozaika form, stylów, czasów. Gotyk przeplata się z renesansem, secesja z modernizmem, odbudowa powojenna – z tym, co było przed wojną i z tym, co przyszło po. Każda z tych warstw kiedyś była nowością. Kiedyś budziła sprzeciw. Architektura miasta nigdy nie jest czymś skończonym. To raczej dialog z miejscem prowadzony przez wieki. Wodopój wchodzi w tę rozmowę jak ktoś spóźniony na przyjęcie. Ale czy na pewno niechciany?
Bo pomyślcie: czy istnieje wysokość, która byłaby „właściwa”? Pięć pięter? Sześć? Siedem? Najważniejsze pytanie nie dotyczy tego, czy Wodopój jest wystarczająco niski albo zbyt wysoki, lecz czy potrafi stać się częścią pamięci miejsca, zamiast ją zagłuszyć? Jeśli tak się stanie, jego wysokość przestanie być problemem. A wtedy okaże się, że dominować można na dwa sposoby: przez siłę albo przez znaczenie. Tylko drugi z nich naprawdę trwa. I tak właśnie widzę Wodopój. Budynek, który stoi pewnie, ale nie krzyczy. Który się nie umalował na złoto, nie udaje zabytku. Który po prostu przyjmuje, że jest nowy. I że to jest OK.
Bo architektura kłamie zawsze, kiedy udaje coś, czym nie jest. A szczerość – nawet ta betonowa, szklana, współczesna – budzi szacunek. Dlatego wolę dziesięć pięter uczciwie nowoczesnych niż cztery piętra z atrapą gotyckiego szczytu.
Nie wiem, jak będzie wyglądał Gdańsk za pięćdziesiąt lat. Nie wiem, czy Wodopój stanie się jego naturalną częścią, czy pozostanie ciałem obcym. Ale wiem, że architektura miasta to zawsze zakład z czasem. Każdy budynek jest hipotezą. Postawioną w przestrzeni, weryfikowaną przez pokolenia. Niektóre hipotezy się sprawdzają, inne giną w odmętach historii. I może właśnie w tym tkwi subtelna mądrość: nie przesądzać zbyt wcześnie. Dać formie szansę zaistnienia. Obserwować, jak rozmawia z miejscem. Pozwolić, by światło odbijającego się od elewacji słońca i spojrzenia mieszkańców powoli ją oswoiły. Albo odrzuciły.
Czas jak woda
Woda w Raduni płynie od wieków, ale nie jest to ta sama woda. Co chwila inna. Zmienna. A jednak rzeka pozostaje. Tak samo miasto. Zmienia się, ale pozostaje sobą – o ile pamięta, skąd płynie. I tutaj jest sedno. Wodopój może być częścią Gdańska, jeśli nie zapomni, że Gdańsk był tu wcześniej. Jeśli uzna prymat wody, gotyku, horyzontu nad Motławą. Jeśli stanie pokornie wobec tego, co większe – nie rozmiarem, ale znaczeniem.
Bo kreowanie tkanki miastotwórczej to doświadczenie. I dopiero ono – nie projekt, nie wizualizacja, nie debata społeczna – powie, czy Wodopój należy do Gdańska. Czy zapisał się na palimpseście czytelnie? Czy został – jak woda w Raduni – inny, ale ten sam?
Jakub Jakubowski – wieloletni dziennikarz z doświadczeniem w prasie, radiu, telewizji i w mediach internetowych. Aktualnie odpowiedzialny za public relations Moderna Holding.